02.06.2026 | Czytano: 38

Osiem miesięcy w Australii. Opowieść z pasji i marzenia dzieciństwa

Anka Smugała, chojniczanka, opowiadała o swoim pobycie w Australii podczas spotkania zorganizowanego wczoraj, 1 czerwca, w Bibliotece Miejskiej w Chojnicach. Przez 60 minut uczestnicy mogli poczuć się tak, jakby sami przeżywali te wszystkie przygody. Po takim spotkaniu niejeden mógłby zacząć sprawdzać ceny biletów na antypody.

Chojniczanka jest absolwentką leśnictwa oraz ochrony przyrody i edukacji przyrodniczo-leśnej na Uniwersytecie Przyrodniczym w Poznaniu. Interesuje się podróżami, obserwacją zwierząt i fotografią przyrodniczą. Trudno więc o lepszą osobę do opowiadania o Australii. Szczególnie tej widzianej nie tylko z perspektywy turysty, ale też kogoś, kto naprawdę patrzy na przyrodę.

Marzenie, które zaprowadziło na drugi koniec świata

Wyjazd do Australii był jej marzeniem z dzieciństwa. I to marzeniem, które udało się spełnić. Przez ponad pół roku, razem z partnerem Patrykiem, mieszkała, pracowała i zwiedzała ten ogromny, przepiękny kontynent. Pracę znaleźli dosłownie w ostatniej chwili, dzień przed wylotem, kiedy tracili już nadzieję.

Wyjazd był możliwy dzięki programowi Work and Holiday, czyli Praca i wakacje. To wiza dla młodych osób, które chcą podróżować po Australii i jednocześnie podejmować tam pracę. W przypadku obywateli Polski trzeba mieć od 18 do 30 lat oraz ukończone co najmniej dwa lata studiów.

Praca w buszu. GPS, brak zasięgu i helikopter w gotowości

Ania i Patryk pracowali dla firmy zajmującej się zwalczaniem inwazyjnych roślin rosnących w australijskim buszu. Działali w ośmioosobowych zespołach, często na terenach, gdzie do dyspozycji mieli właściwie tylko GPS. Zasięgu telefonów nie było. Była za to świadomość, że w razie problemów nikt nie zadzwoni po prostu z pytaniem: „wszystko w porządku?”.

- Gdybyśmy nie oznaczyli co 2-3 godziny naszej pozycji na mapie automatycznie wysłano by po nas helikopter - opowiadała pani Ania. - Na szczęście nie było takich sytuacji.

Praca w buszu to nie tylko wyrywanie, koszenie i chemiczna degradacja niechcianej roślinności. To także kontakt z jadowitymi pająkami, insektami czy wężami. Pewnego razu do pracującej grupy, w której byli Polacy, podpłynął wąż tygrysi. To jeden z najbardziej jadowitych węży Australii. Brzmi jak scena z filmu przygodowego, ale tam była to po prostu kolejna sytuacja w pracy.

„Był tak wielki jak ja!”

Była też sytuacja, która mocno zapadła pani Ani w pamięć już poza pracą. Podczas jednego z noclegów na kempingu, idąc do toalety, zauważyła pytona dosłownie tuż przy ścieżce.

- Był tak wielki jak ja! - opowiadała z przejęciem chojniczanka.

Najbardziej uciążliwe okazały się jednak nie wielkie zwierzęta, lecz pijawki lądowe. Dosłownie spadały na ludzi przechodzących pod drzewami. Po takim kontakcie zostawał ból i skóra swędząca przez wiele godzin. Australia potrafi zachwycić, ale jak widać, potrafi też bardzo skutecznie przypomnieć, że człowiek nie jest tam najważniejszym elementem przyrody.

Kangury, koale i diabeł, który sam przyszedł pod obóz

Te niedogodności wynagradzały weekendowe wyprawy po Australii. Wyjątkowa flora i fauna robiły ogromne wrażenie. Torbacze, wombaty, koale, emu, kolczatki, psy dingo i oczywiście kangury to tylko część zwierząt, które Ania i Patryk spotkali na swojej trasie. Były też lwy morskie i dziobaki.

Nie zabrakło wyprawy na Tasmanię i historii z poszukiwaniem diabła tasmańskiego. Cały dzień szukali go bez większego efektu. A gdy wrócili do obozowiska, jeden pojawił się niedaleko ich siedziby.

- Przebiegał przez komping, niedaleko nas - śmieje się pani Ania.

Smutna strona australijskich dróg

Podczas spotkania Ania opowiadała także o mniej radosnej stronie podróżowania po Australii. Wiele zwierząt ginie tam na drogach. Dlatego po zmroku Australijczycy starają się jak najmniej jeździć poza miastami.

- Jest też taki zwyczaj, że gdy na drodze zobaczą potrąconego torbacza, sprawdzają, czy w torbie nie ma żywego młodego - opowiadała Ania. - Jeśli jest, zawożą go do lecznicy, a kangura na szosie oznaczają jako sprawdzonego.

Od Góry Kościuszki po Dwunastu Apostołów

Ania i Patryk byli także na Górze Kościuszki, najwyższym szczycie kontynentalnej Australii, wznoszącym się na wysokość 2228 metrów nad poziomem morza. Zobaczyli słynne skały Twelve Apostles, czyli Dwunastu Apostołów, położone przy trasie Great Ocean Road. Było im dane podziwiać także eukaliptusy królewskie, jedne z najwyższych drzew świata i najwyższe rośliny kwitnące, które mogą przekraczać 100 metrów wysokości.

Śladami filmu, czerwonej skały i najstarszego lasu świata

Pani Ania, jako fanka filmu „Piknik pod Wiszącą Skałą”, musiała zobaczyć miejsce związane z tym kultowym obrazem. Hanging Rock w stanie Wiktoria to dla miłośników australijskiego kina miejsce szczególne. Była też przy Uluṟu, znanym dawniej jako Ayers Rock, czerwonym monolicie będącym jednym z symboli Australii. Tym razem była to „babska” wyprawa z koleżankami.

Na trasie znalazł się również Daintree Rainforest w północnym Queensland, uznawany za najstarszy las tropikalny na świecie. To miejsce, w którym przyroda wygląda tak, jakby czas zatrzymał się dawno temu. Australia i tak jednak okazała się zbyt wielka, by podczas jednego pobytu zobaczyć wszystko.

Jeszcze tam wrócą?

- Australia jest ogromna i nawet podczas tak długiego pobytu nie było możliwości odwiedzenia wszystkich miejsc, które chcielibyśmy zobaczyć - mówią Ania i Patryk. - Mamy nadzieję, że odwiedzimy ten kontynent raz jeszcze.

I po takim spotkaniu trudno się temu dziwić. Bo opowieść pani Ani była nie tylko relacją z podróży. Była także dowodem na to, że czasem warto potraktować dziecięce marzenia poważnie. Nawet jeśli prowadzą na drugi koniec świata.

Fot. Robert Ważyński

Robert Ważyński

Komentarze

reklama