Oboje mieszkają obecnie w Angowicach, rodzinnej miejscowości Szymona. Zuzia pochodzi z Kamienia Krajeńskiego. Są razem od około dwunastu lat, a ich historia zaczęła się znacznie wcześniej niż pierwsza wielka podróż.
Miłość zaczęła się w gimnazjum
Poznali się w szkole. Zuzia przeprowadziła się z rodzicami z Kamienia Krajeńskiego do Ogorzelin i zmieniła szkołę. Trafiła do drugiej klasy gimnazjum w Sławęcinie. Chodził do niej również Szymon.
- Zuzka przyszła do naszej klasy. Jakoś tak się złożyło, że zagadałem, napisałem i tak jesteśmy razem od gimnazjum - wspomina Szymon.
Szkolna znajomość przerodziła się w związek, który przetrwał kolejne lata, maturę i wspólne studia w Gdańsku. Z czasem pojawiły się też podróże. Dziś są małżeństwem i mają za sobą wyprawy, na które nie każdy zdecydowałby się nawet z dużym doświadczeniem podróżniczym.
Zaczęło się jednak dość niewinnie. Po maturze postanowili pojechać autostopem przez Polskę. Odwiedzili między innymi festiwal Woodstock i wybrali się w góry. Nie mieli szczegółowego planu. Chcieli po prostu spróbować czegoś innego niż dotychczasowe wakacyjne wyjazdy.
Szybko przekonali się, że autostop ma swoje zalety, ale też poważne ograniczenia. Czasem długo czekali na okazję, innym razem musieli korzystać z pociągów. Wszystko zależało od tego, czy ktoś zechce ich podwieźć. Ta niepewność miała swój urok, ale nie dawała pełnej swobody.
Golf na osiemnastkę i dwa miesiące w Europie
Szymon od dawna marzył o Volkswagenie Golfie drugiej generacji. Jeszcze przed osiemnastymi urodzinami odkładał pieniądze na wymarzony samochód. Rodzina postanowiła jednak zrobić mu niespodziankę. Bliscy złożyli się i kupili mu Golfa II.
To właśnie ten samochód stał się później ich pierwszym domem na kółkach. Podczas studiów w Gdańsku wpadli na pomysł, żeby wyjechać nim za granicę. Reakcje otoczenia nie były szczególnie entuzjastyczne.
- Cały czas słyszeliśmy, że to stary samochód, że nie wyjedziemy z Polski, że się zepsuje i trzeba będzie po nas przyjeżdżać lawetą. A mnie takie słowa jeszcze bardziej nakręcają. Jak ktoś mówi, że nie dam rady, to chcę pokazać, że jednak się da - opowiada Szymon.
Spakowali rzeczy i ruszyli. Przez dwa miesiące przemierzali Europę, odwiedzając Czechy, Austrię, Słowenię, Węgry, Chorwację, a także część Włoch. Nie interesowało ich spędzenie całego urlopu na jednej plaży. Zatrzymywali się tam, gdzie znaleźli coś ciekawego. Raz były to góry, innym razem niewielkie miejscowości, szlaki turystyczne albo po prostu miejsca, które zwróciły ich uwagę po drodze.
Podróżowali bez pośpiechu. W starym Golfie można było również spać, dzięki czemu ograniczali wydatki. Samochód dawał im coś, czego brakowało podczas autostopowych przygód. Niezależność.
- Mogliśmy jechać tam, gdzie chcieliśmy, a nie tam, gdzie akurat ktoś mógł nas podwieźć - tłumaczą.
Po powrocie wiedzieli już, że taka forma podróżowania im odpowiada. Nie oznaczało to jednak natychmiastowego porzucenia wszystkiego. Nadal studiowali, pracowali i odkładali pieniądze. W międzyczasie zdarzały się krótsze wyjazdy, między innymi na Litwę i do Niemiec. W głowach kiełkowały jednak kolejne pomysły.
Chcieli przejść 500 kilometrów. Przeszli prawie tysiąc
W 2023 roku, już po studiach, postanowili wyruszyć na słynny hiszpański szlak pielgrzymkowy Camino de Santiago. Początkowy plan zakładał przejście około 500 - 600 kilometrów, z Burgos do Santiago de Compostela.
Do Hiszpanii znów wybrali się autostopem. Wszystko szło zgodnie z planem do momentu, gdy utknęli w San Sebastián, niedaleko granicy z Francją. Zbliżała się noc, a kolejni kierowcy nie chcieli ich zabrać.
Z pomocą przyszedł przypadkowo spotkany mężczyzna. Widząc dwoje młodych ludzi z plecakami, zapytał, czego szukają. Kiedy powiedzieli, że noclegu, wskazał im miejsce, w którym można rozbić namiot.
- Poszliśmy tam, przekonani, że to zwykły kemping. Gospodarz pokazał nam, gdzie możemy się rozbić, gdzie są toalety. Zapytałem, ile to kosztuje, a on powiedział, że możemy zapłacić tyle, ile uważamy. Nie oczekiwał od nas konkretnej kwoty. Byliśmy w szoku - wspomina Szymon.
Na miejscu czekały również kolacja i śniadanie. Nikt nie próbował zarobić na zmęczonych podróżnikach.
Okazało się, że niedaleko przebiega północny wariant Camino de Santiago, czyli Camino del Norte. Szlak był jednak znacznie dłuższy od tego, który zamierzali pokonać. Liczył około tysiąca kilometrów.
- Popatrzyliśmy na siebie i stwierdziliśmy, że chyba dostaliśmy jakiś znak. Skoro już tutaj jesteśmy, to może właśnie stąd powinniśmy zacząć - opowiadają.
Następnego dnia ruszyli pieszo z San Sebastián. Wędrowali wzdłuż północnego wybrzeża Hiszpanii, aż dotarli do Santiago de Compostela. Tam odebrali dokument potwierdzający ukończenie szlaku. Ale skoro zaszli już tak daleko, postanowili przejść jeszcze kawałek. Ich ostatecznym celem stała się Fisterra, nazywana końcem świata.
Łącznie wędrowali przez 42 dni.
Nie była to jednak romantyczna przechadzka z pięknymi widokami. Początkowo dokuczały im ciężkie plecaki. Zabrali zbyt dużo ubrań i niepotrzebnych rzeczy. Bolały ramiona, plecy i stopy. Rano trzeba było ponownie założyć buty na nogi, które nie zdążyły odpocząć po poprzednim dniu.
Pogoda? Najpierw ogromne upały, później deszcz, silny wiatr i burze. Bywały dni, kiedy przechodzili kilkanaście kilometrów, ale zdarzało się również pokonywać trzydzieści.
Czy kiedykolwiek pomyśleli o rezygnacji?
- Nie. Wiedzieliśmy, że trzeba wstać i iść dalej. Bywało, że jedno z nas było już zmęczone i chciało się zatrzymać. Wtedy drugie mówiło, żeby przejść jeszcze kawałek, bo dalej znajdziemy lepszy nocleg. I tak się wzajemnie wspieraliśmy - wspomina Szymon.
Hiszpańska wyprawa nauczyła ich nie tylko wytrwałości. Uświadomiła im również, jak niewiele potrzeba do życia i jak ogromne znaczenie potrafi mieć bezinteresowna pomoc drugiego człowieka.
Nie wiedzieli jeszcze, że podczas kolejnej podróży takich spotkań będzie znacznie więcej.
Nie udała się Ameryka? To jedziemy na wschód!
Ich ostatnia, tegoroczna wyprawa początkowo miała prowadzić w zupełnie innym kierunku. Marzyli o podróży po Stanach Zjednoczonych. Chcieli nawet wysłać Golfa kontenerem za ocean. Problemem okazały się jednak formalności wizowe oraz ogromne koszty transportu samochodu.
Niepowodzenie nie zniechęciło ich do wyjazdu. Wręcz przeciwnie.
- Powiedzieliśmy sobie, że skoro nie możemy pojechać na zachód, to pojedziemy na wschód - wspominają.
Tym razem do podróży przygotowywali już drugiego Golfa II. Pierwszy, ten otrzymany na osiemnastkę, był tak wyeksploatowany, że dalsze użytkowanie przestało być bezpieczne. Sentyment do tego modelu okazał się jednak silniejszy niż pokusa kupienia nowszego samochodu.
Drugi Golf został wyposażony między innymi w namiot dachowy. W porównaniu z noclegami we wnętrzu poprzedniego auta była to prawdziwa rewolucja. Wreszcie mogli wygodnie się położyć, wyprostować nogi i spać na materacu.
Za planowanie trasy odpowiadała przede wszystkim Zuzia. Pierwszym ważnym przystankiem miała być Gruzja. Chciała spędzić tam Wielkanoc i poznać miejscowe tradycje.
Pod koniec marca wyjechali z Angowic. Trasa prowadziła przez Słowację, Węgry, Serbię, Bułgarię i Turcję. Te kraje potraktowali głównie jako tranzytowe. Pogoda również nie zachęcała do dłuższych postojów. W Bułgarii zaskoczył ich nawet śnieg.
Dopiero w Gruzji postanowili zwolnić i rozpocząć prawdziwe zwiedzanie.
W Gruzji nie byli turystami. Byli gośćmi
To właśnie Gruzja stała się początkiem jednej z najważniejszych lekcji podczas całej wyprawy. Szymon i Zuzia przekonali się, że gościnność może mieć zupełnie inny wymiar niż ten, do którego byli przyzwyczajeni.
- Zaskoczyło nas to, że nie jesteśmy traktowani jak turyści, na których można zarobić, tylko jak goście. Ludzie chcieli nam dawać pieniądze, zatankować samochód, zapraszali nas na jedzenie. Nie mogliśmy w to uwierzyć - opowiada Szymon.
Początkowo takie sytuacje trochę go krępowały. Nie lubi przyjmować pieniędzy ani prezentów od obcych ludzi. Grzecznie odmawiał, dziękował i tłumaczył, że niczego nie potrzebują. Szybko okazało się jednak, że gospodarze nie zawsze przyjmują odmowę ze zrozumieniem.
- Potem trochę o tym poczytałam i powiedziałam Szymonowi, że kiedy ci ludzie chcą nam coś dać, to nie powinniśmy ciągle odmawiać. Możemy ich w ten sposób urazić. Oni naprawdę chcą się z nami podzielić tym, co mają - wyjaśnia Zuzia.
Z czasem znaleźli kompromis. Pieniędzy nie chcieli przyjmować, ale chętnie korzystali z zaproszeń na obiad czy poczęstunek. Otrzymywali owoce, warzywa i inne produkty. Najważniejsze jednak były rozmowy i spotkania.
Podobnej życzliwości doświadczali później w Armenii, Kazachstanie i kolejnych krajach. Dla młodych podróżników było to odkrycie zupełnie innego sposobu patrzenia na przyjezdnych.
W ich wspomnieniach nie ma opowieści o luksusowych hotelach czy drogich atrakcjach. Są natomiast ludzie, którzy nie znając ich wcześniej, potrafili zaprosić ich do siebie, nakarmić i zaoferować pomoc.
Z myjni wrócili z... opowieścią o wielbłądach
Po Gruzji i Armenii dotarli do Kazachstanu. Tu czekało na nich kolejne spotkanie, którego nie przewidziałby żaden, nawet najlepiej przygotowany plan podróży.
Wszystko zaczęło się na zwykłej myjni samochodowej. Golf po przejechaniu wielu kilometrów był pokryty kurzem i piachem. Szymon postanowił go umyć. Jak to ma w zwyczaju, zagadał do stojącego obok mężczyzny, który również mył samochód.
Od słowa do słowa rozmowa zeszła na życie gospodarza. Okazało się, że mężczyzna hoduje wielbłądy. Zainteresowanie Polaków było tak duże, że Kazach zaprosił ich do siebie.
- Pojechaliśmy do niego, pokazał nam swoje wielbłądy, mogliśmy je pogłaskać. Poczęstował nas świeżym mlekiem wielbłądzim i ajranem (napój ze sfermentowanego mleka - red.), który sami przygotowywali. To było coś niesamowitego. Przecież chwilę wcześniej w ogóle się nie znaliśmy - opowiada Szymon.
Co najbardziej fascynuje młodych mieszkańców Angowic? Nie chodzi wyłącznie o odwiedzenie kolejnego państwa czy zobaczenie pięknego krajobrazu. Najcenniejsze są sytuacje, w których zupełnie obcy ludzie nagle stają się gospodarzami, przewodnikami, dobrymi znajomymi.
Stary Golf na jednej z najtrudniejszych dróg świata
Z Kazachstanu pojechali do Uzbekistanu, a następnie do Tadżykistanu. W tym ostatnim kraju czekało na nich jedno z największych wyzwań całej podróży: przejazd słynną Pamir Highway.
To droga prowadząca przez wysokie góry Pamiru, miejscami wzdłuż granicy z Afganistanem. Po uzyskaniu odpowiednich zezwoleń wyruszyli ze stolicy Tadżykistanu, Duszanbe, w kierunku Chorogu, a następnie dalej w góry.
Początkowo podróż przebiegała dość spokojnie. Później skończył się asfalt, a zaczęły odcinki, na których trudno było mówić o normalnej drodze. Ogromne dziury, ostre kamienie, głęboki piach, woda przecinająca trasę i strome zbocza.
Szymon, który sam potrafi naprawiać samochody, przyznaje, że chwilami zastanawiał się, czy Golf w ogóle przetrwa tę przeprawę.
- Tam dziury to mało powiedziane. Człowiek jedzie i zastanawia się, czy za chwilę czegoś nie urwie. A obok przejeżdżają wielkie ciężarówki. Ich kierowcy spokojnie palą papierosy, jakby jechali normalną drogą - wspomina.
Szczególnie zapamiętali jeden z odcinków. W głębokim piachu utknęła ciężarówka. Zaczęła tworzyć się kolejka. Szymon wysiadł i razem z innymi kierowcami próbował pomóc. Podkładali kamienie pod koła, aż w końcu ciężarówka wydostała się z pułapki.
Teraz przyszła kolej na Golfa.
Za nimi zatrzymała się grupa brytyjskich turystów podróżujących specjalnie przygotowanym pojazdem. Przyglądali się niewielkiemu Volkswagenowi z niedowierzaniem. Zapytali Szymona, czy naprawdę zamierza przejechać przez ten piach.
W odpowiedzi Szymon rozpędził samochód i ruszył. Koła mieliły piach, za Golfem unosiły się ogromne kłęby kurzu. Przez chwilę wydawało się, że samochód utknie. W końcu jednak pokonał przeszkodę.
- Ludzie zaczęli nam bić brawo! Wszyscy byli cali w tym kurzu - wspomina.
Golf ponownie udowodnił, że nie zawsze trzeba mieć kosztowny samochód terenowy, żeby przeżyć wielką przygodę. Chociaż Szymon przyznaje, że niektóre fragmenty trasy kosztowały go sporo nerwów.
Podczas całej pięciomiesięcznej wyprawy samochód wymagał również napraw. Najpoważniejsza przydarzyła się w Uzbekistanie. Od dłuższego czasu słyszeli niepokojące stukanie. W końcu okazało się, że pękła sprężyna zawieszenia. Pomogli miejscowi mechanicy, którzy zdobyli potrzebne części i naprawili samochód.
Mogli ruszać dalej.
Kirgistan. Pięć dni konno
Najdalej na wschód dotarli do Kirgistanu. To właśnie ten kraj był jednym z głównych celów ich wyprawy. Po wielu tygodniach spędzonych w samochodzie postanowili zmienić środek transportu.
W Kirgistanie, gdzie tradycje jeździeckie są wciąż silnie obecne, zdecydowali się na pięciodniową wyprawę konną. Towarzyszył im miejscowy przewodnik. Była to okazja, żeby poznawać góry i okolice w zupełnie inny sposób niż zza samochodowej szyby.
Wspominając tę część podróży, oboje podkreślają ogromną różnorodność odwiedzonych państw. Każde z nich miało swój charakter, inne krajobrazy, kulturę i ludzi.
- Każdy kraj wnosił coś nowego. Każdy był inny. Ta różnorodność naprawdę skradła nasze serca - przyznają.
Dla obojga było to szczególne doświadczenie również dlatego, że wcześniej nie podróżowali po tak odległych zakątkach świata. Azja Centralna okazała się zupełnie inną rzeczywistością niż dobrze im znana Europa.
Po pobycie w okolicach jeziora Issyk-kul ponownie przekroczyli granicę z Kazachstanem i rozpoczęli drogę powrotną. Nie chcieli jednak wracać dokładnie tą samą trasą. W Turcji, którą podczas wyjazdu potraktowali głównie jako kraj tranzytowy, tym razem zatrzymywali się na dłużej, wybierając inne drogi i odwiedzając kolejne miejsca.
Do Angowic wrócili po pięciu miesiącach. Licznik ich Golfa wzbogacił się o kolejnych 30 tysięcy kilometrów.
Nie chcą odkładać życia na później
Podczas rozmowy kilkakrotnie wracamy do pytania, dlaczego właściwie to robią. Dlaczego decydują się wydawać oszczędności na wielomiesięczne podróże? Może "należałoby" skupić się na pracy, własnym mieszkaniu i "stabilizacji".
Dla nich odpowiedź wydaje się oczywista.
- Ja sobie nie wyobrażam życia bez poznawania czegoś nowego - mówi Szymon.
Marzy im się kiedyś własny dom. Miejsce, do którego będą mogli wracać po kolejnych wyprawach. Na razie mieszkają z rodzicami Szymona w Angowicach i nie mają sprecyzowanych planów.
Wiedzą natomiast, że nie chcą rezygnować z podróżowania. Nie interesuje ich życie podporządkowane wyłącznie pracy i odkładaniu marzeń na bliżej nieokreśloną przyszłość. Wolą zarabiać pieniądze po to, żeby później przeznaczać je na kolejne doświadczenia.
A przecież takie wyprawy kosztują. Podczas naszej rozmowy szacują, że ostatnia, pięciomiesięczna podróż pochłonęła około 30 tysięcy złotych. Przyznają jednak, że nie przeprowadzili jeszcze dokładnego podsumowania wszystkich wydatków.
Szymon prowadzi działalność gospodarczą i pracuje również za granicą, zajmując się montażem oraz serwisowaniem kontenerów budowlanych.
Podróże wymagają wyrzeczeń, oszczędzania i odpowiedniego przygotowania. Ale jak sami podkreślają, pozwalają również inaczej spojrzeć na świat i własne potrzeby.
Przyzwyczaiły się do tego także ich rodziny. Początkowo bliscy przestrzegali ich przed dalekimi wyprawami i podróżowaniem starym samochodem. Dzisiaj zamiast odwodzić ich od pomysłów, pytają przede wszystkim o trasę, planowany czas nieobecności i przygotowania.
Z biegiem lat oboje nabrali doświadczenia i pewności siebie. Wiedzą, że w trasie nie wszystko można zaplanować. Nie każdą awarię da się przewidzieć, nie zawsze pogoda dopisuje, a czasem trzeba zmienić przygotowaną wcześniej trasę.
Wiedzą też coś jeszcze. Na drugim końcu świata można spotkać ludzi, którzy bezinteresownie podzielą się posiłkiem, zaproszą do domu albo pomogą wydostać samochód z opresji.
Dokąd teraz? Tego jeszcze nie zdradzą
Kiedy kończymy rozmowę przed świetlicą w Angowicach, okazuje się, że Szymon i Zuzia mają już pomysł na kolejną podróż. Tym razem chcą połączyć poznawanie świata z pracą za granicą. Szczegóły na razie wolą zachować dla siebie.
Jedno jest pewne. Po pięciu miesiącach i trzydziestu tysiącach kilometrów nie zamierzają odkładać plecaków na dobre. Chcą ponownie wyruszyć w drogę. Nam pozostaje poczekać na kolejną opowieść podróżników z Angowic.
Zdjęcia ze zbiorów bohaterów reportażu.






